Polska wiejska



czwartek, 23 czerwca 2016

Noc świetlików

"SOBÓTKI" Hanna Ożogowska

Po wiślanej toni,
po wiślanej fali
sobótkowe wianki
płyną coraz dalej.

A ten najpiękniejszy
z chabrów i rumianku
Kasia plotła sama
dzisiaj o poranku.

Plotła go na miedzy,
rwała kwiaty w zbożu,
by ten wiejski wianek
pokłonił się morzu.

Dwa lata temu, gdy wspólnie z mężem i szwagrem, po piwowarskich wycieczkach w lekkiej nieważkości, wracaliśmy do domu. Walter rzekł.
                  -Fajnie by było, gdyby dziś była noc świetlikowa- myślę sobie - Niedoczekanie! Tutaj?
 Po czym ku zdziwieniu mych oczu. Pośród wysokich traw, na które lekko padało srebrzyste światło księżyca. Pojawiały się i znikały małe świetliste punkciki. Robaczki niczym dzwoneczki rozbrzmiewały i gasły.  Nasza euforia była, wręcz w tym momencie nie do ogarnięcia. Obraz jawił  się jak mara nocna i halucynacja ciemności. A chwili nie zapomnę do końca życia.  Teraz gdy świetliki mają swój okres aktywności, bo to najkrótsze noce w roku, mam ochotę zgarnąć męża i pójść na nocną przechadzkę nieopodal domu. Jednakże i jemu i mi codziennie, gdy zmrok zapada przeszkadza w tym piasek pod powiekami, magnetyzm poduszki oraz perspektywa nocnego głodu Felka. Pocieszeniem dla mnie jest tylko to, że noce są zimne i robaczki nie chętnie świecą.





W kulturze niskich lotów, bo w bajkach dla dzieci, a przecież wszyscy dziećmi jesteśmy. Pojawił się fantastyczny i heroiczny bohater Rey i był on świetlikiem z bajki "Księżniczka i Żaba". Jak macie dzieci polecam, ale i nawet jako dorośli oglądajcie bajki... bo tak jak niby danonki budują kości, tak dobre bajki budują kościec moralny człowieka.  Dorośli często zapominają o wartościach, od przybytku przecież głową nie boli, i chorują na osteoporozy moralne i duchowe, a potem dziwią się ze coraz to gorsze pokolenie... bo dbać należy nie tylko o ciało ale i ducha, on także potrzebuje higieny i siłki. ;)



Robaczki świętojańskie, a właściwie samice tego chrząszczowatego insekta, wabią samców świecąc odwłokami. Wybrały sobie właśnie noc przesilenia letniego. Podobnie nasi pogańscy przodkowie,  których obrzędy mimo asymilacji przez chrześcijaństwo są i były bardzo żywe.  Przede wszystkim dawne obrzędy związane z nocą kupały (uwaga! Tej nazwy nie lubię,  mianowicie bardziej wiejskie i folkowe to noc świętojańska i sobótka) odnoszą się do młodości, płodności i prokreacji. Dawniej tej nocy, nie obowiązywały żadne zasady wydawania kobiet za mąż poprzez swata. Często obrzęd ten był wykorzystywany przez młodych zakochanych, w niweczeniu interesów rodowych- miłość ponad wszystko, jakie to romantyczne. Ale mniejsza o większość.



Tej nocy cielesność górowała, dla Słowian i Bałtów było to czymś normalnym. Od razu mi się przypomina scena Nocy Kupały ze "Starej Baśni". Kiedy to Siemowit porwał dziewkę, powierzoną bogom i dostało mu się. Legenda mówi też o "Sobótce", która zginęła oczekując ukochanego zabita przez najeźdźców. W "Starej Baśni" tez jest taka scena z Bujakiewicz. Ale wróćmy do tematu macierzystego.  Dla Chrześcijan średniowiecznych owa cielesność stanowiła TABU, była ocenzurowana. W gruncie rzeczy chodziło o to samo w obrzędach, których z tradycji folkloru i wsi nie udało się wykorzenić. Wianek na wodzie to symbol cnoty, zatem który złapie wianek ten posiądzie cnotę panienki. I co myślicie że młode chłopaki nabuzowane testosteronem pozbawione internetu i różnych innych gadżetów, nie robili ustawek. Jeśli wianek zatonął to niestety staropanieństwo, bo ileż ten wianek może dryfować. Chętnego nie było to i starą panną trzeba zostać, a jak wianek w sitowiu to późne zamęście- najwyraźniej któryś niezdecydowany.
 Po akcji wianek, było oficjalne przyzwolenie na obcowanie z panną. To jest poszukiwanie po krzakach kwiatu paproci, a ten rytuał to z tego co wiedziałam dotychczas był po prostu pretekstem do parowania się. Kiedyś natrafiłam w necie na artykuł dotyczący seksu przedmałżeńskiego na wsi. Była w nim wzmianka, że jeśli para tej nocy ... to później dziecko to taki seks jakby nie był grzechem i kobieta brzmienna musi być poślubiona. 



Przesilenie letnie obfituje zazwyczaj w bogactwo rozmaitych ziół, jak wiemy u prastarych ludów,ale i również w wiejskim folklorze. W tym okresie czerwca zakwitają dziurawiec i kwiat paproci. Dziurawiec jest to specyficzne zioło, które ma właściwości wyciszające, antydepresyjne i uspokajające. Wydziela specyficzną czerwoną barwę, dlatego zazwyczaj krów nie wypuszczano na łąki, które obfitowały w to zioło. Napary i nalewki z dziurawca miały moc uszczęśliwiającą, jest antidotum na poczucie samotności i rozwianie wszystkich smutków, dlatego nazywano tą roślinę "arniką dla nerwów". Nalewkę z dziurawca poleca się kobietom w latach przejściowych i osobom, które cierpią na różnorodne stany lękowe. Ze względu na swoje zastosowanie dziurawiec w kulturze występuje także pod nazwami: ziele świętego Jana, arlika. Rosjanie nazywają tą roślinę zwieroboj- w dosłownym tłumaczeniu, brzmi to zwierzobójca. Współcześnie używanie dziurawca wraz z antykoncepcją powoduje jej osłabienie. Bardzo dziwne, że zioło, któremu przypisywane są magiczne właściwości, zakwita w pradawne święto płodności i w niwecz obraca dzisiejszą najbardziej skuteczną formę antykoncepcji. Słowianie wierzyli, że dziurawiec chroni kobiety ciężarne przed czartami, które im i nienarodzonemu dziecku szkodzą.



,

niedziela, 24 kwietnia 2016

Pora na Dobranoc...

W ramach dygresji napiszę na początku, że bocian był okrągły tydzień... Zrobił nas w bambuko i się zmył od dwóch dni już go nie ma... A może żona go porzuciła i nie przyleciała... Nikt nie zna bocianich spraw, ale u nas  gościnie pożerował najadł się i nie ma, za rok na wiosnę nauczę już może Felka modlić się o bociana...


Żyła sobie kiedyś pewna rozczochrana Sowa. Roztargniona była, wiecznie coś gubiła, w domu artystyczny nieład, ale Sowa bardzo się starała. Mądra to i ona była, lecz niezwykle zapominalska. Wylatując na kolacje ze trzy razy zawsze do domu wracała, bo czegoś ZAPOMNIAŁA. A jak wracała to cupnęła za każdym razem na stołeczku policzyła do dziesięciu, a żeby po drodze na kolację cwany lis, przez jej roztargnienie, jej nie capnął.
I tak pewnego dnia, gdy to zmęczona Sowa po nocnych imprezach, chciała iść spać, na małego aftera wpadła do niej Pustułka. O TA TO! Figura jak u Chodakowskiej, smukła zwinna sprawna, make up, że mucha nawet jej na pomadce nie siada. Biżuteria nówka, dodatki świetnie dobrane do jej cętkowanego żakieciku- pewnie już u Sroki na zakupach była! Ideał po imprezie wygląda jak przed i te jej zdrowe odżywianie! A Sowa jak to Sowa, tu gdzieś za dużo się w boczkach pozbierało, na głowie już wszystko się roztarmosiło, makijaż rozmazany... Nic tylko zgon po imprezie... I jeszcze do tego odbija się czosnkiem bo za dużo Kebab-myszy zjadła!
      - O stara! Ty tak długo nie pociągniesz!- powiedziała z uśmiechem na widok Sowy Pustułka.
      - Przecież Tobie to tylko wizażowy remanent potrzebny. No i DetoX też!- dodała z przekąsem- Jak się bawić to się bawić ale zdrowy tryb życia musi być! Nie ma Lipy!
      - OOOOO!!!- Ziewając zaczęła Sowa- Łatwo Ci mówić, jak Ty taka ogarnięta zawsze byłaś, zresztą co jak co ale SPONTAN rządzi się własnymi prawami- definitywnie znudzona legła na kanapie!
      - No NIE! Wypraszam sobie, myślisz, że to, co wydaje Ci się, zawsze to jest, ot tak Sobie! A no powiem Ci, że się mylisz! Bo nie!! Ja na to ciężko haruje, kiedy ty zajadasz się hot dogami z nornic popijając kofeinowe resztki ze śmietnika. W ogóle to czemu ty wiecznie jesteś taka zmęczona! -
I nagle sufit się trzęsie, sypią się drzazgi i cały serwis do kawy podskakuje w gablotce! Bo Sowa nie wiem czy to z lenistwa, czy lubi dziuple sobie wybrała tuż opodal ruchliwej drogi.
      - I widzisz gdyby nie Ty to teraz bym się na prawy bok przewracała, to tylko TIR do Hipermarketu o tej porze przejeżdża, jeszcze 5 takich i już wtedy śpię. Swoją drogą w tym hipermarkecie można wciągnąć coś słodkiego, tylko niech ich Szlag trafi! Dlaczego nie pogaszą tych świateł na tym martwym polu.
     - Oj Sowo w literaturze i naturze swej podobno, za mądre zwierze uchodzisz, a tu klops!! Problem twój jest w tym, że balujesz i jeszcze na bezsenność cierpisz. Dobra idź już spać moja nocna gwiazdo, a jutro do mnie wpadnij na żuka w sosie mrówkowym, coś zaradzimy.
Następnego dnia, a właściwie nocy, Sowa odwiedziła Pustułkę. A ta miała piękne gniazdo, które od Wronki- tej co do Anglii za robota poleciała- kupiła.
    - No, no, no koleżanko! Ale Ci się mieszkanie trafiło, na 10 piętrze u szczytu drzew z takim zapierającym dech widokiem... Ech! Tej to dobrze!-
   - Chodź, chodź czuj się jak u siebie... Przygotowałam dziś dla nas Pasikonika w sosie z much oprószonego muszymi skrzydełkami, a na deser komarowe smoothie.
   - Ty chcesz mnie zagłodzić?! Szkoda, że nie ma udek mysich zawijanych w tłuszczyk... O śniły mi się dziś i nabrałam takiej ochoty.
   - O nie! Dziś jesteś moim gościem i spróbujesz mojej kuchni, gwarantuje nie pożałujesz.


I tak Sowa wybałuszała swoje wielkie oczy, bo dania Pustułki trafiły w jej gusta. Dodatkowo przy okazji zrobiły sobie dzień SPA. Pustułka poduczyła Sowę jak zadbać o dobry LooK! Zrobiła jej mega makijaż, i przede wszystkim Sowa się wyspała! Bo się zasiedziały za długo i już nie opłacało się lecieć do dziupli Sowiej na sen! Sowa rano spojrzała w lustro i poczuła się jak nigdy, wyglądała świetnie, czuła się świetnie i zrozumiała, że to nie jest trudne... Aż miała ochotę wrzucić selfie na ptakbooka i wykrzyczeć światu, że jest cudownie! Pożegnała się pięknie i odleciała...
A któregoś razu nad rzeką spotkała Pustułka panią Słowikową co jej mąż się wiecznie spóźnia na kolację. I wdały się w rozmowę!
    - A widziała Pani tę Sowę! No rewelacja babka!! Zadbana wyspana, tak się zmieniła i kupiła nową dziuple, taka po dzięciole starym. Ostatnio Kowaliki jej drzwi powiększały... I co ptaki ćwierkają nad sosnowym borem, podobno ktoś się tam kręci- puściła oczko do Pustułki Pani Słowikowa- Ech takiej to Dobrze!
    - To cudownie! Dawno jej nie widziałam, a może Pani ma ochotę na babski wieczorek, jak tak pani często na spóźnialskiego męża czeka, to może niech on poczeka na Panią, z chęcią zjadłabym kolacje w miłym towarzystwie.
    - A wie Pani! Czemu nie!


Oby każda z nas miała taką PUSTUŁKĘ w swoim życiu! Żeby nas kiedy trzeba wyciągnęła z Sowiej Dziupli.

niedziela, 3 kwietnia 2016

Gąski Gąski do domu!!!/ Modlitwa o bociana

Gąski, Gąski do domu!
- Boimy się!
Czego??!
- Wilka złego.
A gdzie on jest?!
- Za górami, za lasami.
Co robi?
- Ostrzy nóż!
Na kogo?
- Na NAS!!
GĄSKI GĄSKI DO DOMU!!!





Rozlega się pisk i wrzask na placu zabaw, bo wszystkie przedszkolaki próbują przed wilkiem dobiec do żywopłotu, żeby się uratować. Pamiętam to z dzieciństwa, kiedy na placu zabaw. gdy było ciepło odbierali nas rodzice z przedszkola, ale w Gąski bawiły się zazwyczaj te dzieci, które zostawały najdłużej, była to już mała grupka niedobitków. Czasami było tak, że chciałeś żeby mama już przyszła, ale czasami nigdy w życiu. Teraz gdy pójdę na plac zabaw, który wtedy był wielki wszystko jest tam tak małe, że sięga mi do kolan!! Świat z perspektywy dziecka jest niesamowity. Oczywiście ja nie zawsze zostawałam w przedszkolu do końca, ale były takie dni gdy musiałam. Zazwyczaj wolałam zostać dłużej niż przyjść za wcześnie, tuż przed śniadaniem.
Czas mija, przemija, niby szybko jak kropla deszczu, która niepostrzeżenie spadła Ci na policzek w słoneczny dzień. A wszystko jakby za mgłą, jakby wspomnienia z dzieciństwa też w ulotności pamięci można było zobaczyć tylko w kuli szklanej, Jest wieczór i wszyscy śpią, a ja zaglądam do łóżeczka i widzę śpiące, pachnące niemowlę, które jeszcze chwile temu czułam całą sobą gdy kopało mnie od środka. A teraz czasami ciężko sobie przypomnieć jak to było, kiedy to trwało zaledwie chwilę. Śpi smacznie rączki wystają przez szczebelki łóżeczka, buzia otwarta, a z niej w pół wyleciały smok, gdzieś obok leży brudny kotek, który jest lekiem na lęki, samotność i zasypianie brzdąca. Myślę sobie- CÓŻ za cudowna chwila. Po czym zasypiam i skoro świt budzi mnie słońce to na niebie i to w łóżeczku, które stanie wołą YYYY i się cieszy szczerząc dwa malutkie bialutkie ząbki na dole. Czas jest ulotny i tylko w ten sposób mogę go zatrzymać, bo inaczej któż zapamięta, ten moment, gdy za chwilę maluch będzie już starszakiem i szedł do szkoły. Na całe szczęście gdy się jest dzieckiem to dzieciństwo trwa tak strasznie długo, a czas wolniej płynie.
Jedynie pory roku są te same i co roku coraz krótsze. Bo jeszcze chwile temu chowałam ozdoby bożonarodzeniowe, a już dekoruje dom na Wielkanoc, mgnienie oka!
Za oknem słońce ponad polami kręci swój nieobłagalny krąg cyrklem i już wiesz, że wiosna gdzieś w kwiecistej sukni tańczy z zimą tańce na pożegnanie. Odkąd mieszkam na wsi sygnał wiosny ma swój dźwięk, bardzo charakterystyczny https://www.youtube.com/watch?v=VicvIR4It4k O taki dźwięk!
Gąski! Mieszkam na Gąskach i od lat może nawet setek to miejsce odpowiada dzikim gęsiom. Babcia mi powiedziała, że tu przylatują gęsi po zimie i się grupują, potem stąd wyruszają budować gniazda i szukać jedzenia. I to prawda, gdy usłyszałam przelatujące gęsi nad domem, a słychać je doskonale gdy ma się sypialnie na poddaszu, wiedziałam, że zaraz będzie wiosna. Gąski przyleciały do domu... Jest ich mnóstwo a zaraz po nich pojawiają się Żurawie donośnym krzykiem na pustych jeszcze polach obwieszczają swoje przybycie, olbrzymie ptaki. Wszystko jeszcze szarobure, ale ptaki zapowiadają idzie wiosna cieszcie się!! No to cieszymy się Gąski do domu przyleciały, siedzi parka zazwyczaj około godziny 6 opodal stawku dumnie pokazując swoje jaskrawo pomarańczowe dziobki. Kiedyś słyszałam, że zanim ja pojawiłam się w życiu mojego męża i on w życiu moim u nas w kurniku była na wychowaniu dzika gęś, ale odleciała do swoich. Kto wie może wraca do domu i siedzi ze swoim mężem opodal stawku. Ja z moim mężem też budzę się z zimowego snu, przylatuję do domu z radością obwieszczam światu, że nowy rok nowe życie nowe wszystko nowe budzi się świeżość, rodzi się na nowo...

MODLITWA O BOCIANA

Bocian Wojtek co został sam na gnieździe i odleciał 


Szanowny Bocianie,

Dostojny Ptaku szlachetny uracz nasze gospodarstwo w tym roku swoją obecnością, spraw abyśmy mogli się cieszyć z tego jak wieczorem po całym dniu witacie się ze swoją ukochana pozdrawiając siebie nawzajem odchylaniem głowy i klekotem. Smutno i pusto u nas gdy nie widać Was na kominie śpiących na jednej nodze. Jak radośnie gdy dzielicie się z nami narodzinami małych puchatych bocianiątek. Wasz dom już dostojnie czeka od 25 lat nie opuszczajcie go, zajmijcie to wspaniałe gniazdo, będzie Wam tu dobrze. Okolica obfita w zaskrońce, od których mnie na co dzień wybawiacie. Smaczna strawa Was u czeka, stawy pełne woda nie wyschła... Słonko coraz wyżej przylećcież skoro świt! Codziennie rano z malutkim Felkiem zerkamy na twe gniazdo żywiąc nowe nadzieje, na dar pełnej szczęśliwej zatroskanej rodziny. Czekamy na kolejny rok w Waszym towarzystwie! Przylećcie! Prosimy!


poniedziałek, 19 października 2015

"Kapliczka przydrożna"

Stoi fasada nieruchoma.
Spoglądasz w oczy,
wrażliwości jej pełne.
Woń suszków u jej
stóp podnóżków...
Cmentarzysko porozrzucanych                                            
zwłok komarzych.
Paciorki przez jej postawę przewieszone
i ten wzrok cierpiący.

Samochody przemykają
obok niewiasty z impetem!

Towarzystwem jej
liczne pająki i muchy.

Marność, samotność.
Gdyby ktoś wiedział,
ile widziały oczy te,
ludzkich serc i
tragedii.

Wojsk przemarszy,
drżeń gąsienic czołgów.
Ostatnich ludzkich
westchnień, krwi
potoków... Miłości
niespełnionych.

Serc pełnych dziękczynienia,
woli życia. Ocalenia!
Przysiąg, próśb i
zagubionych dusz.

A, Ty, czy zatrzymałeś
się kiedyś przy
Kapliczce Przydrożnej?

AGP 15.07.2014 (Albueira)

poniedziałek, 12 października 2015

Wczesną jesienią na wsi

Ale tu kurzu i pajęczyn się zebrało... Dawno tu nie zaglądałam, często miejsca, które odpuścimy zaczynają nas straszyć, potem upychamy i nie zwracamy na nie uwagi kurz rośnie.  Następnie przy większych porządkach, kiedy otwieramy jakiś zapomniany przez nas, celowo lub nie zakamarek, pojawia się to uczucie, które każda z nas zna Niechęć, Bariera, trudność w przełamaniu. Jak to było przez ostatni czas z moim pisaniem na blogu? Otóż pisałam, ale wy nie widzieliście... Kupa wersji roboczych powstała, ale nie było to godne uwagi, pokazania opinii publicznej. U mnie cóż czas nieobecności, owocował w kilkaset pampersów przebranych małemu, litrów mleka wypitych z butelki, kilkadziesiąt zjedzonych słoiczków, przyrządzonych słoiczków z naszych marchewek, gruszek, jabłek i innych. Kilku naprawdę udanych dań obiadowych, które sprawiły mi dumę i przyjemność. Tony startego kurzu, litry domestosa wlanych w rury kanalizacyjne, mnóstwo zużytych ściereczek jednorazowych. Czyli okrężnie dochodząc NIC SPECJALNEGO! Życie gospodyni wiejskiej matki i żony pełną gębą. Niektórzy zapewne czytają mając inne obowiązki, żyją #FIT, #LIFESTYLE, #HEALTHY. Ja żyłam po swojsku i miałam przez dłuższy okres Focha. Standardową o tej porze roku dopadającą babską przypadłość. Foch, Fochem, ale narastał we mnie niepokój, czas podejmowania decyzji, co dalej! Zostaje tak jak jest, tj. Pranie- Poniedziałek, Prasowanie- Wtorek, Zupka warzywna między 13-14 a potem popić herbatką koperkową. Gryzło mnie to strasznie, bo bycie kurą domową nie jest złe... Masz swoją regularność, jak wypracujesz tryb możesz nowe rzeczy wprowadzać. Regularność i rutyna to w takim życiu zalety. A na mnie czekał ten telefon, na który odpowiem TAK lub NIE i moje dotychczasowe życie się zmieni. To bardzo dziwne, że po tak krótkim czasie, tak szybko wyszłam z rytmu, zapomniałam i się boję. Kalendarz pokazał dziewiąty miesiąc roku, telefon trzeba wykonać... Słyszę pip w słuchawce i głos - Dziekanat słucham!- myślę sobie nie masz wyjścia. - Czyli przywracam panią na studia- ja z drżeniem w głosie mówię TAK SPRÓBUJE. Po podjętej decyzji jedna połowa mnie skakała do sufitu, bo wracam będę się uczyć tego co lubię, będę czerpać przyjemność, spotykać się z ludźmi robić coś większego, niż dobrze gotować i prać gatki mężowi. Ale moja druga ja mówiła mi, że zostawię najsłodszą, najcudowniejszą istotkę całymi dniami nie będę się nim zajmować, ominie mnie dużo rzeczy co robił itp. druga ja mówiła mi, że jestem wyrodną matką, złą żoną. A to słyszałam, że dom brudem zarośnie, a to, że dziecko matki znać nie będzie, albo , że kiedy ty prace napiszesz czy się nauczysz. I tak kilka razy w tygodniu jeżdżę do Gdańska. Pobieram nauki z języka rosyjskiego i ukraińskiego kilku innych przedmiotów, a zajęcia odbywają się w najnowszym i mega wypasionym budynku o spektakularnej nazwie NEOfilologii. Szału na mnie nie robi monumentalny szklany dom, interaktywne tablice, bez kredy, bez gąbki zmywane za pomocą jednego kliknięcia. Elektroniczne sterowanie salą itp. WYPAS, ale ja i tak zaczynam oddychać kiedy od tego zgiełku zjeżdżam w stronę Postolina, a w Watkowicach niebawem znikną liście i ujawni się stara wieża z balkonikiem. Do roku cóż pasuję jak świni siodło, nie dosyć, że prawie najstarsza, to jeszcze z obrączką i podwójnym nazwiskiem, dzieckiem na koncie (choć nie jestem jedyną matką i to jest fajne). Ale najlepsze w tym wszystkim jest to, że mogę się uczyć dalej Rosyjskiego który kocham no i tyle przez rok zapomniałam. Trójmiasto to nie dla mnie. Mieszkałam 7 lat starałam się je polubić i już nawet łapałam się, że się przyzwyczaiłam, że lubię ten tłok, lecz nie, domu tam nie znalazłam. Jedyne co wynajmowałam mieszkanie, teraz jest mi dziwnie, że mimo takiej przytłaczającej wręcz ilości ludzi człowiek jest sam i nie zwraca na inne napotkane osoby za grosz uwagi. Mentalność wiejska, sorry nie ogarnęłaby tego... Ale jak to poplotkować jak tyle ludzi, a jak sobie znaleźć koleżankę na kawkę, albo brydżyka, ludzie w mieście i na wsi, po mimo udogodnień mają i będą mieć inną mentalność.

 

 



A tymczasem na wsi zamiast setek samochodów, liście szumią zaczynają żółknąć, ziemia dalej mocno wyschnięta. Rzeka koło domu przestała istnieć, ale to temat na inną notkę. Wczesna jesień na wsi, czym się charakteryzuje, a no przede wszystkim wymalowanymi niczym farbami olejnymi rumiano-zielonymi jabłkami otulonymi źdźbłami traw jak od fryzjera w pasemka zielono- żółte. Pod drzewami leży też dużo zgniłych jabłek, które wydają ciężką słodkawą woń, jest ona bardzo mdła, ale i bardzo charakterystyczna. W kurniku babci drzewa uginają się od małych o matowej skórce i mocno fioletowych śliwek. Kury wciągają te opadłe i chodzą plując pestkami ;). Nieopodal domu w stronę Prabut stoi tylko jedno osamotnione drzewo, którego owoców jadać nikt nie zamierza, są one malutkie bardzo słodkie i żółtawe- takie ulęgałki są niepopularne, to tak jak mirabelki nic tylko chwast. Trochę głogu widać, czarny bez ze Szramowa już znikał, pewnie udał się do skupu. A w sadach za miedzą robota kwitnie! Robi się coraz szybciej ciemno pusto, zimno i smutno, ale to nic perspektywa lata już nas zmęczyła swoją intensywnością. A gdy wracam do domu w ostatnich promieniach zachodzącego słońca unosi się puch babiego lata. Dziki na karmowisko przychodzą. Ostatnio miałam bliskie spotkanie z maciorą i małymi (choć one nie takie małe), była ona w krzakach na bagnach zaledwie 30 m od nas aż strach sie bać kiedy widzisz taki chrumkający ryj wielkiej dzikiej świni. Tego też dnia the sky was pink... Niebo było fenomenalne, cudownie piękne jak truskawkowa pianka, wraz z słupem świtatłości jakby dziura z niebios, którą przypadkowo święty Piotr wydłubał. Jesienią póki liście na drzewach i deszcz nie siąpi, obrazki są niczym z tandetnych tuzinów fotek, pejzażyków jarmarcznych obrazków, ale na żywo nigdy te obrazy nie będą błahe, nie będą zwyczajne choć oglądam je co roku od 25 lat i jeśli Bóg mi da, to drugie tyle je będę mogła oglądać. Te widoki i w ogóle świat, życie są takim fenomenem, że niby rutyną, a nigdy nie będą takie same. Niby coś zwyczajnego, ale cudownego, każdy dzień jest ważny każdy liść, który opada na taflę ciemnej brunatnej wody, a wokół niego malują się kręgi. Jesień skłania do nostalgii, być może jesień życia także skłania, do remanentu swojego życia, do skrupulatnego ułożenia wspomnień na półkach, przeproszenia tych zakurzonych. Bo pamięć jak u Daliego ulotna.
Jak już wspominałam jesień na wsi to obfitość. Schyłek, darów przed srogą zimą, która tak hojna nie jest. Babcia wkłada w przygotowania do zimy dużo trudu i dużo uwagi, nic nie może się zmarnować. Dla nas współcześnie wydaje się to, ale po co robić sobie tyle kłopotu, wszystko jest w sklepach przecież. Cóż czasami sama się łapie na takich myślowych określeniach, ale co racja to racja, zmarnować nic się nie może, bo dawniej ludzie głodowali, bo wojna, potem pustki w sklepach, bo na wsi jak Bóg dał to i mleka i masła i miodu było. Bo dawniej jak nie zrobiłeś od podstaw sam, to nie miałeś. Dlatego u nas spiżarnia obfituje, w półki uginające się od przeróżnych smakołyków. Być może już tak niedocenianych, ale w dzisiejszych czasach coraz bardziej wracających do łask. Kochane Panie apel do Was, uczcie się wekować bo jak wojna przyjdzie to zginiemy. Babcie znają sposoby na konserwowanie żywności bez lodówki, a my byśmy z głodu pomarli i ja też. Póki co nauczyłam się robić słoiki dla Felka, więc pasteryzacja opanowana. W tym roku w domu jesień kojarzy mi się z intensywnym zapachem suszonych i gotowanych grzybów. Tak szczerze dziękuję, że w tym roku nie byłam w I trymestrze ciąży, bo te zapachy doprowadziłyby mnie do stanu wycieńczenia. Bez ciąży ten zapach był dla mnie trudny, ja grzyby mogę czyścić, chodzić i zbierać już trochę mniej, bo boję się zaskrońców, padalców itp. paskudztw. Odkąd jako sześciolatka stanęłam na złotym padalcu, moje zbieranie grzybów wygląda tak, że chodzę za kimś krok w krok i zbieram to co ta osoba pominie, mało konstruktywne- wiem! Cóż jakoś nie mogę się przełamać do tych węży, ale jestem na dobrej drodze. Grzyby były niegdyś atrybutem czarownic, mściwych żon, trucicielek. Muchomory niejednemu niewygodnemu mężowi, po cichu w pysznej strawie życie odebrały. Gdy byłam mała trujaków, się nie ruszało, nie wolno było deptać niszczyć, psuć. Kiedyś nie zadawałam pytania sobie, dlaczego tak się dzieje, ale jest to kolejna niepisana tradycja ludowych obrzędów obecnych po dziś dzień w naszym życiu. Trujących grzybów się nie rusza, po to, żeby toksyna z nich nie przeszła na grzyby dobre. Jakie to banalne!
Jesień to okres wytężonej pracy i właściwie kiedy żniwa się skończą robota wre, bo przygotowania do zimy to nie przelewki, w ogródku warzywnym powoli znikały marchewki, pory, selery i pietruchy. Nic tylko kopanie, skopać trzeba ogródek, poorać pola, ale i zanim wiekszość pól zostaje obsianych. Siewy zaczynają się po żniwach, ale ostatnio wymogi unijne oraz wykopki zmuszają nas do późniejszych siewów. Siewy to chyba najważniejsza czynność dla gospodarza, bardziej nawet niż żniwa, bo jak sobie posiejesz tak będziesz zbierał i żył, w dostatku, czy w biedzie. Na zasiewy dawano kłosy zbóż święcone na Matki Boskiej Zielnej, wysypywano je do siewu, omodlone i poświęcone ziarno to błogosławieństwo Boże. Poza tym modlitwa podczas siewu obowiązkowa, bo tylko Bóg jak człowiek zasiał mocą swoją może pomóc przy wschodach, przymrozkach i deszczach, to On reguluje siły natury.



Poza siewem są jeszcze wykopki pyr, które są pracą wymagającą czynnika ludzkiego, a ludzie marzną na polu w taką pogodę. Żurawie już się zawinęły o bocianach dawno zapomniałam. Rok temu podczas wykopków leżałam w szpitalu, (jeśli o mnie chodzi nic nowego) i mój mąż wykopał dla mnie i naszego synka , który był wtedy większy trochę od ziarenka piasku, kartofla czerwonego i w kształcie serca. Wtedy jeszcze nie wiedziałam co z nami będzie, wiedziałam, że jestem w ciąży i bardzo tego dziecka pragnę. Już niebawem, pola zostaną zmrożone na kość, a liście wiatr zmiecie z drzew, a wrony będą przeraźliwie krakać. Aż do wiosny bo wtedy spod tafli lodu przebije się pierwszy mały biały przebiśnieg i życie zatoczy koło... Niby nowe się pojawi, ale wciąż to samo niezmienne jak co roku.

 
 
 

wtorek, 4 sierpnia 2015

"Zażynanie" zboża

            Naostrzyli kosy, będą żąć. Zasuszone złote zboże podatne i jak jeden mąż bez sprzeciwu, czekające na zagładę, w ciszy, w szeleście suchych kłączy,a pozostaje po nim sieczka. W gruncie rzeczy śmierć przynosi owoc, wymłócony, wyłuskany owoc życia.  W Piśmie Świętym Jezus mówi, <<poznacie ich po owocach>>, ale czy koniecznie owocach za życia, za trwania. Zboże daje owoc po swej zagładzie. Parafrazując Jezusa, poznaliśmy po owocach jego nauki dopiero wtedy, gdy zmarł, jednocześnie zmartwychwstając, co dzieje nam się ze zbożem. Pokładzione łany przez kosę, czy kombajn dają owoc stukrotny- ofiara daje więcej. A zboże odrodzi się na nowo, bo ziarno daje ziarno. Poznamy po owocach- po plonach.
            Żniwa- od zawsze ten okres powodował u mnie apogeum szczęścia.  Gdy byłam dzieckiem i spałam u babci, obserwowałam z okna w kuchni, jak kombajn kosił. Zawsze kombajn był dla mnie maszyną fascynującą. Nie czułam do niej respektu, dopóki kuzynki dziadek nas na gospodarstwie nie ochrzanił, za włażenie na kombajn, a był to Bizon Z056. Nie miał kabiny, a barierki  służyły nam za estradę wokalną. Heder był przyłączony chyba na stałe do maszyny i był bardzo ciekawy, zastanawiało mnie zawsze, jak on kręcąc się w kółko ścina zboże, dziś wiem, że to kręcące coś to motowidła. Model Z056 na wsiach w latach 90 tych był bardzo popularny, ale luksusem był produkowany również w Płocku Bizon Rekord. Z tym modelem moje wspomnienia są równie silne. Kiedyś z babcią, gdy chodziłam do piekarni tuż obok pałacu w Czernine, stał taki niebieski Bizon, miał oszkloną kabinę biały daszek i był NIEBIESKI i NOWY. Wygląd fenomenalny zawsze marzyło mi się przejechać tym niebieskim cackiem. Oby dwa modele wyjechały z taśm Fabryki Maszyn Żniwnych w Płocku  podbiły pola na długie lata.


            Lata mijały, a żniwa wciąż kwitły w mojej głowie. Pojawiały się idylliczne marzenia o kąpielach w ziarnach pszenicy, bosych spacerach. Wycieczki rowerowe kończyły się zazwyczaj przechadzką wśród łanów zbóż, jak Gladiator muskałam dłońmi suche kłosy. Potem zdarzało się, że bywałam na polach podczas żniw, a to z byłym chłopakiem jeździłam ciągnikiem i moja arkadia się skończyła, bo pochłonęło mnie wielkomiejskie życie. Lata mijały, a ja tęskniłam za żniwami. Przypominałam sobie te ciepłe wieczory, gdy sprawdzałam bosymi nogami trawę czy jest już rosa, czy będzie padać czy nie. Gdy leżałam pod gwiazdami wsłuchując się w dźwięk koszących kombajnów za jeziorem. Były wakacje, że spędzałam je w Niemczech, a tam na polach "Ohrnung" świetnej "Klasy" kombajny i żniwa jak w zegarku. Ale przyszły również lata pustki dla mnie, kiedy to pojechałam na wakacje do Anglii, czy Portugalii, gdzie słysząc w tle na skypie dźwięk kombajnu w Polsce, aż łezka się kręciła w oku. Teraz mogę szczerze powiedzieć, że Kocham żniwa, ale też cierpię przez nie. Bo z małym Felkiem nie mogę siedzieć z mężem w traktorze. Mogę jedynie tęsknić i wyczekiwać jego na horyzoncie, gdy przywiezie zboże do zważenia, dostanie kanapki i pokątnie da mi buziaka. Potem zdarza się, że nie pamiętam kiedy w nocy wrócił i rano tak samo znika jak się pojawia. Ale i tak kocham magię żniw, być może kiedyś sama dostanę kawałek pola do skoszenia.


Heder Rekorda w kolorze czerwonym żniwa 2008 foto by me

                Na polu żniwa wyglądają inaczej, niż na gospodarstwie. W domu, czekasz kiedy przywiozą kolejne przyczepy pełne zboża, na wadze sprawdzisz stan magazynu i ile przywieźli. Na polu, czekasz w blokach startowych kiedy zaświeci się kogut na kombajnie, komunikujący pełny zbiornik. Ziarno można sypać na przyczepy w biegu lub nie, choć w biegu świadczy to o sprawności żniwiarskiej. W środku w Kombajnie mostek niczym ze Star Treka i dżojstik dowodzenia, klima chodzi, radio gra, jeszcze zimna cola i praca idzie. Bo teraz kombajn to inna bajka jak wszystko w dobie cyfryzacji i zastosowania GPS. Za komuny Bizon szczyt rolnej mechanizacji, duma narodu i dobro eksportowe. Dziś zachodni właściciele, zachodni kapitał. Taki New Holland przejął już wyżej wspomnianą fabrykę maszyn żniwnych i produkuje dalej w Polsce tylko, że żółte kombajny, ale marka zagramaniczna- bo włoska. Są jeszcze kombajny zielone, to są sławetne John Deery, ale ciągniki tej marki są lepsze. Opinie, jak wszędzie podzielone, co gospodarz to inna marka dla niego lepsza choć, obecnie jak zaobserwowałam bardzo popularny jest CLAAS. Jak dowodzą dane i statystyki niemiecka spółka jest największym producentem maszyn żniwnych w Europie. WoW! Claas świadczy o dobrobycie gospodarza, a zagościły one na podwórkach za sprawką Unii. Claas, a claas, są te z czujnikami, gjepeesami i autopilotami, ledowe wyświetlacze pokazują wydajność i wszystkie potrzebne lub mniej potrzebne wskaźniki. Innymi słowy producent staje na głowie, żeby żniwa to była czysta przyjemność.

TUCANO od Przechadzkich Photo by Walter '15


            Konkretniej żniwa na Gąskach rozpętały się dnia 1 sierpnia roku pańskiego w południe. Na pole wyjeżdża seledynowy Claas Tucano, ciągnąc heder za sobą. Heniu radośnie trąbi otwierając sezon. Zeszłe żniwa przeszły do historii pod hasłem "O Ku* znów się Kombajn zapchał". Tegoroczne to, chyba "nocna zmiana".
            Dawniej na wsiach początek żniw to były ZAŻYNKI, które rozpoczynał głos przepiórki. Żniwa według wiejskiej tradycji mogły się rozpocząć tylko w dni poświęcone Matce Boskiej tj. środę lub sobotę. Jak pierwsze kłosy padły w inny dzień to du* blada, pech wisiał nad gospodarzem. Rolnik jeszcze całkiem niedawno zdejmował kapelusz chwytając kosę i mówił "Boże dopomóż", po czym brał osełkę, która była zazwyczaj wykonana z piaskowca i żeby skutecznie jej użyć należało ją zwilżać wodą. Kosy wymagały też klepania. Po wykonaniu tych czynności żniwiarz musiał się przeżegnać i w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego zaczynał żniwa. Wtenczas, chłopy na wsiach wyrzeźbione, siły trzeba było, sąsiad też kosi to pomożem, samogonem poczęstują, to lżej praca idzie. Przyjdzie żona na pole przyniesie chleba, kiełbasy i mleka, spojrzy pokątnie i buch TRAFIŁA KOSA NA KAMIEŃ, bo znów morda zapijaczona.



             Pierwszy skoszony snop- tak snop bo nie było kombajnu, który na gotowe wysypie czyste zboże do przyczepy. Kobiety wiązały i trzymały do Bożego Narodzenia. W wigilie snop przystrajano był on dobrą wróżbą na kolejne zbiory, a przed chrześcijaństwem odstraszał i przepędzał z domu złe duchy i demony. Taki snop nazywano diduchem. Często z tego snopa zbierano ziarno i siano je na wiosnę, żeby jak Bóg obiecał było w obfitości.
            Moim zdaniem do XIX wieku żniwa były największą mordęgą EVER. Do tego czasu  kosy nie używano, zamiast niej koszono sierpem, bardzo się schylając lub klęcząc. Sierp był królującym narzędziem żniwnym od neolitu, aż po XIX wiek, kosa królowała ok. wieku- to niewiarygodne, wieś przeszła dosłownie rewolucje, błyskawiczną. Mechanizację i cyfryzacje, dzięki temu dziś duży areał stanowi prawdziwą produkcje i fabrykę płodów rolnych. Gdy setki lat temu Słowianie używali drewnianych rękawic do sierpa.  Prastary obyczaj nakazywał żąć tylko kłosy. Potem zostawiano już znacznie krótsze rżyska.


            Po skoszeniu zboże wiązano w snopy i zwożono do młócenia. Młócenie odbywało się najpierw poprzez udeptywanie. Kłosy były deptane przez ludzi i zwierzęta tj. konie i bydło. Kolejną zmianę stanowiło wprowadzenie do młócenia cepów i ubijano siłą kłosy. Następnie zboże było wiane, rozrzucane, przecedzane przez sita. Potem cepy zastąpiły młocarnie, a sita wialnie. Do dziś w języku polskim, od babci można zasłyszeć określenie, że ta to ma "tyłek jak wialnie"- sprawdziłam bardzo szeroka była to maszyna! Każdy zna z was film "Sami swoi" tam widać, jak wykorzystywano cepy a, jak młocarnie. W kolejnej części "Kochaj albo rzuć" widać mechanizacje i postęp wsi. Sierp wyparła kosa, kosę-kosiarka, kosiarkę- żniwiarka, żniwiarkę- kombajn. Kombajn połączył w sobie wiele maszyn żniwnych, które można zobaczyć już tylko w skansenach tj. żniwiarka, snopowiązałka, wialnia i młockarnia. Nazwa kombajn pochodzi od angielskiego słowa Combinate i jest połączeniem w jedno wielu maszyn co za tym idzie, ułatwił on życie żniwiarzom i umożliwił zwiększenie areału gospodarzom. Poza tym kombajn i traktory wyparły całkowicie konie, które dziś jeśli są na wsiach, to tylko w celach rekreacyjnych.

Skansen w Olsztynku. Po lewej snopowiązałka, po prawej żniwiarka,
 a ten pan to mój mąż- rolnik postępowy :P 
Tumany kurzu opadają wieczór się zbliża, dawniej koszono byle nie w skwarze, do zachodu słońca, teraz gdy słonko już zachodzi, możesz wyjść sobie na zewnątrz z kubkiem herbaty. Kiedy dziecko już zaśnie, przywitać księżyc i dopóki szarówka nie zejdzie posłuchać dźwięku koszenia zbóż, wypatrywać na horyzoncie świateł ciągnika. Świerszcze pięknie koncertują, zapach skoszonego zboża pobudza zmysły, księżyc zaprasza mnie do tańca, a nietoperze bawią się w berka. To będzie długa noc :) to będzie dobra noc :)







poniedziałek, 20 lipca 2015

Chrzest bojowy

                Jest rok 966. Polskę spowija puszcza, pełna tajemnic i czyhających niebezpieczeństw. Hegemonia plemienia Polan narzuca Słowianom Chrzest. Kultura, cywilizacja tego ludu chyli się ku nieodwracalnej śmierci. Praprzodkowie są zszokowani -jak to Polanie zamordowali nam szamana wioskowego i przyprowadzili jakiegoś człowieka w długiej szacie, który uczy o czymś co jest zupełnie nam obce, a poza tym zakazuje i zabija za stare i dobre dla ludu obrzędy. Co dziwne każe nam zamaczać się w jeziorze i wmawia nam, żeśmy urodzili się na nowo.
Chrzest symbolem nawrócenia, oczyszczeniem grzeszników. W 1226 roku zaczęło się na naszych terenach oczyszczanie grzeszników, oczyszczano ze wszystkiego języka, kultury. Dobrowolnie oczyszczano wodą, a z przymusu krwią i takim sposobem Krzyżacy pozbyli się na zawsze Prusów. Co ciekawe Ci skutecznie odwoływali chrzest.
Na całe szczęście w dzisiejszych czasach Chrzest nie jest tak drastyczny i ma zupełnie inny charakter. U Słowian i pogan obrzędy powiązane z chrztem dotyczyły obrzędów nocy kupały. Dawniej dzieci nie chrzczono, tylko dorosłych. Potem któryś rzymski władca wydał dekret, że chrześcijaństwo można przyjmować tylko poprzez chrzest niemowlęcia, dekret zniesiono, lecz tradycja wciąż żywa. 


A w niedziele mój najdroższy Skarb został w Prabutach ochrzczony. Trochę stresu było, bo w końcu to nasz pierwszy raz. Ksiądz powitał nas oficjalnie pod chórem zapytał o co prosimy u progu kościoła i jakie imię wybraliśmy dla dziecka. No mi się aż wyrwał żeby Ci z przodu słyszeli FELIKS TADEUSZ! Kiedyś na wsiach była tradycja, że imię dawało się albo po świętym albo po dziadku co dobrym gospodarzem był.  U nas historia imienia naszego dziecka jest specyficzna - nic dziwnego jak wszystko u nas. Otóż gdy plastikowa płytka wyświetliła nam dwie czerwone krechy gdy opadł szok i trzeba było się przyzwyczaić, że życie się zmienia i zacznie się dopiero jazda, zaczęliśmy się głowić jak nazwać tą małą istotkę.  Ziarenko piasku rosło i rosło, a my jednogłośnie mieliśmy imię dla dziewczynki Łucja, ale jakoś mi nie pasowało, że w brzuchu fika dziewczynka. Natomiast męskiego imienia znaleźć nie mogliśmy.  Cóż warunek postawiony przez męża brzmiał: Jakiekolwiek imię byle nie było w nim R. No dobra to wybrałam <<"O rany Julek">> imię. Jakoś ciężko mi było bąbelka nazwać tym imieniem, więc czekałam do ogłoszenia nowiny, a właściwie potwierdzenia moich przypuszczeń,  że urodzę synka. Do tego czasu nazwałam go FASOL. Tak wyszło, że też na F. Kiedy szukaliśmy imienia inspiracją były tablice nagrobków na cmentarzu w Prabutach i nie tylko, bo na tych zapomnianych niemieckich też. Padła propozycja Feliks, ale bez skutku. Warunek męża imię spełniało. Któryś raz z rzędu kiedy leżałam w ciąży w szpitalu imienia nie było, a mój lekarz prowadzący ogłosił mi, że widzi jajeczka- opcja Feliks powróciła.  Mówiłam mamie o tym, a ona, że nie fajnie, że dziwnie. Wtem położna która zajmowała się pacjentką obok powiedziała,  a wie pani że Feliks znaczy szczęśliwy.  Mama w sekundzie zmieniła zdanie, a że moja ciąża była bardzo trudna i 8 raz w szpitalu ją zakończył,  to też imię już było nieodwracalne. Feliks-Szczęśliwy. Dziecko na antybiotyku i znieczuleniach, dwa razy na bloku operacyjnym Akademii Medycznej- mój Szczęśliwy!  I faktycznie wybór imienia ma znaczenie, bo moje dziecko od 4 rano do 22 jest uśmiechnięte, cierpliwe i szczęśliwe nawet z takimi ciamajdowatymi i niedoświadczonymi rodzicami jak my.

Według starych zwyczajów syn otrzymywał imię po dziadku, pradziadku, czy ojcu. W mojej rodzinie od strony taty, ta kultura była,  bo pierwszy syn tj.  mój tata ma drugie imię po ojcu, a ostatni pierwsze ma po ojcu a drugie po dziadku. Felek dlatego drugie imię dostał po pradziadku. Feliks Tadeusz, w wigilię gdy dziadkowi tą propozycje przedstawiliśmy, bardzo mu się podobała. Pamiętam jak dziś, że w wigilię ogłosiliśmy nominacje na Tadeusza dziadkowi on się ucieszył i dzieląc się ze mną opłatkiem, życzył sobie zobaczyć Felka. Niestety dziadek niedługo potem pożegnał się z nami i za nim tęsknimy.  Pustka w domu i na gospodarstwie, aż krzyczy swoją ciszą, ale mimo to czuję, że dziadek jest i czuwa nad swoim najmniejszym prawnukiem. Drugim imieniem obarczyliśmy naszego syna cechami dziadka, który był człowiekiem pracy, wiele przeszedł i przede wszystkim był osobą, która rodzinę gromadziła wokół siebie. Nie bał się dzieci, nie bał się z nimi bawić i nie uciekał od pracy, zaczął od kozy a zostawił piękne gospodarstwa, bo gdy dobrze siejesz zbierasz stokrotny plon.  Jest taki przesąd też na wsiach, że dzieci same wybierają sobie imiona. Coś w tym musi być, bo mój mąż ma na drugie imię Antoni, jego tata chciał mu tak wcześniej dać na imię, lecz mama wybrała inne, co ciekawe mąż urodził się przed terminem i to w imieniny Antoniego. Wybrał sobie sam poniekąd imię. 


Wróćmy do kościoła, ksiądz zaprosił nas do dalszego celebrowania chrzcin. Oczywiście Felek oglądał nowe i fajne sufity wszystko wkoło było WOW, a dźwięki go bardzo interesowały całą uroczystość się bawił, aż do momentu kulminacyjnego, kiedy to zasnął. Ale po co te wszystkie ceregiele świece uroczystości. Zapewne nikt z nas się nad tym nie zastanawiał, po prostu tak jest, tak było i tak będzie. Myślę, że ok. tysiąca lat temu chrzest, nie był dla nikogo naturalną rzeczą lecz nowością. Dawniej obrzęd chrztu, był traktowany jako przedstawienie nowego członka wspólnoty wiejskiej, wszyscy chcieli zobaczyć dziecko i poznać.
                Kiedyś dzieci do pewnego czasu były tylko w becikach, nie było mini garniturków dostępnych w sklepach od ręki, rozmiarów ubrań dla niemowląt metek i markowych ciuchów. Kiedyś po porodzie (zazwyczaj w domu) następował okres połogu. Każda mama wie, że trwał on 6 tygodni. Zazwyczaj w tym czasie matka była zwolniona z trudniejszych domowych obowiązków, ale nie zawsze. Dziecko leżało zawinięte opatulone w beciku w pieluszkach, potem gdy mama już dochodziła do siebie, albo wspierała ją babcia dziecka szyto kaftaniki dla niemowląt, lecz te nadal pozostawały w becikach. (A dlatego, że do chrztu nie wolno było dziecku niczego przeszywać, bo zaszyłoby się mu zdolności i pamięć.) Szczerze dla mnie to abstrakcja, woda na kąpiel gotowana odciąganie pokarmu z piersi gruszką, pieluchy tetrowe gotowane w garze i prane na bieżąco ręcznie. Abstrakcja!- nie było nawilżanych chusteczek, pampersów, dziś dziecko, nie ma mokro i wyrzucasz tylko do kosza. Sam becik jest już dla mnie jako matki reliktem skansenowym. Z własnej wygody dziękuje, że czasy poszły do przodu i mamy różne gadżety ułatwiające nam wychowanie maleństwa. Przed wojną na powodzenie w przyszłym życiu malucha wkładano w te beciki pieniądze, jakieś zioła i kropiono je święconą wodą. Po 6 tygodniach matka udawała się do Kościoła po tzw. wywód. Polegał on na tym, że położnica była błogosławiona, miałą ona wysłuchać mszy na schodach przed kościołem z zapaloną świecą i różańcem. Po tej uroczystości przyjęcia odwiedzała sąsiadów zaświadczając im koniec połogu.  Ciąża w kulturach przedchrześcijańskich była stanem pomiędzy, ponieważ dziecko do kobiety jak wierzono nie przychodziło poprzez zapłodnienie, implantację komórki w ścianach macicy i podział, lecz pojawiało się z zaświatów. Było w związku z tym kruche podatne na działanie złych duchów, niemowlę które umierało mogło stać się zmorą, która była bardzo groźna dla człowieka. Do czasów chrześcijańskich pewne zabobony tego typu zostały, bo niemowlęta, aby oszukać złe duchy do kościoła na chrzest podawano sobie przez okno, bo nie przez próg. Zachowanie dziecka podczas chrztu też było ważnym elementem, jak dziecko głośno krzyczało i było ruchliwe to znaczyło, że będzie zdrowe, a jak nie to umrze. Faktycznie coś mogło być w tym. Na całe szczęście współcześnie mamy rozwiniętą medycynę dzieci rodzą się w szpitalach i gdy pożółkną i są spokojne, bądźcie pewni nic im nie zagraża. Gdyby nie medycyna współczesna, powiedzmy miałabym urodzić Felka przed wojną , to na pewno ani mnie ani jego by nigdy nie było, bo według selekcji naturalnej jesteśmy słabsze osobniki ,oby dwoje urodzeni z żółtaczką (w sumie jego ojciec też) bez antybiotyku ciąża byłaby niedonoszona, a mam silnego sześcio i pół kilowego syna.
              Gdy proszono chrzestnych, sugerowano się kryteriami takimi, że mieliby oni zastąpić rodziców, gdyby tych zabrakło, oraz sprawdzano cechy rodziców chrzestnych, bo podobno po chrzcie dziecko może je dziedziczyć. Z punktu widzenia Kościoła chrzestny to osoba która ma być dla dziecka kręgosłupem moralnym w wierze. Według logiki wiejskiej musiała być to osoba bliska, majętna i dobra. Oby dwoje przyszywani na chrzcie rodzice dostają atrybuty chrzcielne tj. świecę i białą szatkę. Po dopaleniu świecy od Paschału kapłan mówi „Podtrzymywanie tego światła powierza się Wam, rodzice i chrzestni, aby Wasze dziecko, oświecone przez Chrystusa, postępowało zawsze, jak dziecko światłości, a trwając w wierze, mogło wyjść na spotkanie przychodzącego Pana razem ze wszystkimi Świętymi w Niebie” 
Świeca dla dziecka ma duże znaczenie w wierze, ponieważ symbolizuje, że dziecko takie staje się dzieckiem światłości. U mnie w rodzinie była taka tradycja, że świeca od chrztu powinna Ci towarzyszyć przez całe życie. Od chrztu. aż do śmierci. Przypomina mi się taka bajka, o śmierci która ma świece i jej długość i grubość to twoje życie. Zwyczajem jest też to, że gdy dziecko zachoruje, ma gorączkę, dla obrony duchowej pali się tą świecę, ponieważ odpalenie od Paschału jest formą egzorcyzmu i ta świeca świeci tylko światłem Bożym ,które ma cudowną moc. Szatka natomiast jest symbolem oczyszczenia, obmycia. Kiedy chrzczono dorosłych ludzi zawsze po zanurzeniu otrzymywali oni długie białe szaty, bo „Tomaszu, stałeś się nowym stworzeniem i przyoblekłeś się w Chrystusa, dlatego otrzymujesz białą szatę. Niech twoi bliscy słowem i przykładem pomagają ci zachować godność dziecka Bożego, nieskalaną aż po życie wieczne”.

Po Chrzcie dziecko jest otwarte na przyjęcie Ducha Świętego, jest niewinne i nieskalane już grzechem pierworodnym, którego skutki będą skłaniały go do tego, żeby był podatny na zakusy diabła. Dziecko jest jak niezapisana karta, czysty pendrive, jakie wartości mu przekażesz i co będzie chłonąć takim człowiekiem się stanie. Dla mnie chrzest dziecka to ważna sprawa, bo ja jestem osobą wierzącą i w taki sposób chcę go wychować przekazać mu wartości, życia w wierze, a nie tradycje, on jednak ma wolną wolę jaką dał mu Bóg i już jako dorosła osoba zadecyduje sam. Chrzest z wody jest wspaniałym wydarzeniem w życiu rodziców i dziecka, to pierwsza taka uroczystość i przede wszystkim skupia wokół siebie rodzinę.



Tradycyjny prezent na chrzciny od pradziadków- Srebrna łyżeczka z wygrawerowanym imieniem.